[Tokio, Itabashi, Ooyama]


I have just noticed that yesterday I unintentionally reinforced the stereotypes about childish Japanese by writing about the Disneyland in an unobjective manner. It is probably clearly visible only in the Polish text, though. So today I am saying "oops, sorry" and explaining, why Japanese are no more childish than Westerners.

Indeed, Japanese in their twenties enjoy the Disney products much more than people their age in the West and this makes their pop culture more childish than in the West, but the people themselves are equally immature in both societies. In Japan an attractive girl is rather cute nad sweet, while in the US she is sexy, cool and agressive. So, in the outer layer it seems that the US girl is more "adult", however inside, in the mentality, she is no less irresponsible and socially immature.

The image of a Japanese women in her thirties who looks and behaves like a teenager is popular in the West but it is mispercieved as the general trend, while it is only the exception in the Japanese society. When a Japanese becomes a shakai-jin, i.e. a full-time worker (usually in a office), he or she abandons all the atributes of a teenager and is a grown-up. The ones who decide to spend their lives doing part-time jobs are often teenagers as long as they can, but they are not the majority.

Summing up, the Japanese pop culture looks much more childish then the Western one, but Japanese themselves are as childish/as grown-up as the Westerners.


Usp!

Ups, ups, ups! Oj oj oj! Miałam tutaj bezlitośnie lać stereotypy po pyskach, a dopiero po komentarzach zorientowałam się, że wczoraj sama głupio nakarmiłam je moim zmanipulowanym tekstem. Oj oj oj, byś się wstydziła, Newelska!

Nie mogę jednak po prostu przepisać wczorajszego tekstu od nowa, ponieważ jest w nim prawda, chociaż podana w strasznie głupi sposób. A poza tym już napisałam, stało się, więc nie ma co zakłamywać faktów, tylko trzeba je zdementować, co czynię poniżej.

Różnice kulturowe

Po pierwsze, nie powinnam była porównywać tego programu do telewizji polskiej. Sama się sobie dziwię, bo przecież wiem, że właśnie takie przenoszenie zachowań z jednej kultury na tło kultury całkiem odmiennej jest najkrótszą drogą do nieporozumień i uprzedzeń. Ocenianie danej kultury przez pryzmat systemu wartości wyniesionego z własnego środowiska jest podstawowym błędem badacza kultury, a również błędem najczęściej popełniamy przez osoby stykające się z odmiennymi sposobami myślenia, co możemy coraz częściej zauważyć w krajach niejednorodnych etnicznie, czyli obecnie niemal wszędzie. Krytyka, oburzenie, bez wysiłku zrozumienia przyczyn, tylko dlatego, że "u nas" jest inaczej, to zwykła ksenofobia. Japończycy chodzą do Disneylandu - gówniarze! Hindusi jedzą rekami - barbarzyńcy! (Jakaż ja jestem samowystarczalna - jednego dnia piszę bzdury, a drugiego sama się krytykuję. ^_^)

Jest to znany problem relatywizmu kulturowego - czy badacz ma prawo krytykować daną kulturę, jeśli wg niego godzi ona w (jego) podstawowe wartości, czy też powinien przyjąć każdy jej element jako właśnie odmienną cywilizację stworzoną w odmiennym systemie zasad. Innymi słowy, nic nie jest w niej złe, po prostu jest inne. Postulat zrozumienia innej kultury jest głoszony i przyjmowany chętnie w kwestiach takich zachowań, które nie wyrządzają nikomu krzywdy: afrykańskie plemiona przebijają sobie nosy patykami i dobrze się z tym czują, muzułmanki chcą chodzić w chustach na głowie - "my" byśmy sobie tak nie zrobili, ale skoro "wam" się tak podoba, to proszę bardzo. Problem zaczyna się, kiedy w afrykańskich plemionach wycina (wyrywa) się kobietom łechtaczki tępymi nożyczkami, a muzułmanki morduje za umawianie się z nieodpowiednim chłopakiem, nawet muzułmaninem. Czy takie zachowania także należy przyjąć bez oceny jako po prostu inne, czy odwołać się do uniwersalnego, ponadkulturowego pojęcia dobra, szacunku dla życia i dla człowieka? Czy fakt, że te kobiety często uciekają przed tymi "zwyczajami", boją się ich, jest spójny z twierdzeniem, że te czynności są elementami kultury akceptowanymi przez jej członków?

Ale wracając do Myszki Miki, Pieńkowska zapewne by tak nie powiedziała i nie poszła do Disneylandu, natomiast prawdopodobnie każdy Japończyk prowadzący wczorajszy program śniadaniowy stwierdziłby, że już się nie może doczekać wycieczki, choć po wyjściu ze studia nawet by o tym nie pomyślał. Po prostu nie wypadało im powiedzieć czego innego. I dlatego, że są zwyczajnie uprzejmi, i dlatego, że należą do jednego zespołu tworzącego jeden program i przekaz byłby niespójny, gdyby jeden prowadzący coś zachwalał, a drugi mówił, że to nudy.

Studenci

Po drugie, kiedy napisałam, że moi rówieśnicy chadzają do Disneylandu, to i skłamałam i powiedziałam prawdę. Miałam niedawno dwudzieste czwarte urodziny i wg polskiej rachuby powinnam tego lata ukończyć pięcioletnie studia magisterskie. Natomiast większość moich koleżanek z uczelni jest ode mnie młodsza od 2 do 4 lat, o czym zapominam porównując studentów polskich i japońskich. W Polsce na wielu uczelniach istnieje już system trzyletnich studiów licencjackich (na poznańskiej japonistyce jeszcze nie) i dwóch lat magisterskich, natomiast tutaj jest on standardem (z tym, że studia trwają 4 lata, a mgr 2). Ponadto większość osób kończy edukację po trzech latach i zatrudnia się w firmie, co jest tutaj najbardziej powszechną drogą kariery. Dlatego "absolwent uniwersytetu" to osoba w wieku 21, 22 lat, po 3 latach nauki.

Z tego powodu osoby "z piątego roku" spotykam tutaj wyłącznie na seminarium magisterskim, natomiast na większości zajęć i podczas lunchu otaczają mnie dziewczęta najwyżej "z trzeciego roku". Te młodsze rzeczywiście mają komórki obwieszone Myszkami i Donaldami (i Lilo i Stich - do dzisiaj super modne) i opowiadają mi, że w Disneylandzie bywają przynajmniej dwa razy w roku, ale już koleżanki ze studiów magisterskich uśmiechają się pobłażliwie i mówią: "Hm, no też bywałam za młodu". Chociaż nie ma tu reguły, bo ostatnio moja 26-letnia koleżanka też poszła, a kolega, absolwent Wasedy studiujący obecnie w Toronto nie mógł się nadziwić: "No co ty??? Nie chciałabyś iść na randkę do Disneylandu? No to... to... GDZIE???"

Jednak wbrew pozorom i temu, co pisała kiedyś w Wysokich Obcasach J. Bator, większość Japonek po 26 roku życia nie umówiłaby się więcej z panem, który zabrałby je na spotkanie z Myszką Miki.

"Człowiek społeczny"

Poza wiekiem z metryki ważnym czynnikiem jest tutaj rola społeczna. W Japonii bardzo ważna granicą w rozwoju jest zostanie tzw. shakai-jin'em, czyli dosłownie "człowiekiem społecznym". Jest to swego rodzaju rytuał przejścia, osiągnięcia dojrzałości. Najpierw oczywiście w dwudziestym roku życia wszyscy obchodzą tzw. seijin-shiki (hurtem, w drugi poniedziałek stycznia), czyli polską "osiemnastkę", która jednak, jak i u nas, nie czyni z nich dorosłych. W dorosłość wprowadza dopiero zostanie "człowiekiem społecznym", wydarzenie opisywane w filmach, serialach, książkach.

Właściwie główną cechą shakai-jin'a jest stałe zatrudnienie w firmie lub w jakiejś instytucji. Kiedy Japończyk zostaje shakai-jin'em, ścina loki (wielu panów robi sobie tutaj trwałą) lub blond grzywę i wciska się w garnitur. Japonka tonuje makijaż, modną fryzurę zmienia na skromniejszą, a różowe spódniczki z falbankami i pończoszki kabaretki na szare garsonki. Młodzieńczy luz na profesjonalną powagę i maniery. "Fajny" język na wyrażenia oficjalne. Disneyland na wykwintne restauracje.

Poniższe ilustracje - klatki z pierwszego odcinka serialu "Orange days", którego głównym wątkiem jest nostalgia za minioną beztroską młodością, przedstawiają symboliczne porównanie dwóch światów: studentów i "ludzi społecznych". Na zdj. 1 pan w środku to student trzeciego roku wracający z kolejnej rozmowy kwalifikacyjnej. Po lewej w skłonie pełnoetatowy pracownik firmy, po prawej trzej studenci. Na zdj. 2 młodzieniec przygląda się najpierw "człowiekowi społecznemu", który gnie się w ukłonach i strzępi język na uniżonych uprzejmościach w rozmowie telefonicznej z szefem. Na zdj. 3 przygląda się wesołym, wyluzowanym studenciakom.


1


2


3 ["Orange days", TBS, 2004]

Myśli o tym, że teraz już nigdy nie będzie tak samo i przypomina sobie wydarzenie pokazane we wcześniejszej scenie, kiedy kłamie, że jego marzeniem jest praca w firmie produkującej zegarki, kiedy w rzeczywistości chciałby się zajmować opieką społeczną. Został tam pokazany rzeczywisty problem wielu młodych ludzi, którzy mówią mi często: "Wiesz, studia to jedno, ja mogę sobie lubić historię, literaturę, kulturoznawstwo. Ale z czegoś trzeba żyć. Pójdę teraz do pracy, a może jak kiedyś będzie mnie stać, to wrócę na studia magisterskie." Głównie w przypadku absolwentów studiów humanistycznych firmom jest wszystko jedno, co kandydat ukończył. To i tak w wielu przypadkach nie ma znaczenia, bo firma szkoli pracownika od podstaw. Dyplom uczelni wyższej to po prostu dowód, że kandydat ma pewną wiedzę o świecie oraz obycie potrzebne dorosłej osobie. Moja koleżanka, absolwentka polonistyki zaczęła właśnie pracę w firmie energetycznej, a koleżanka z historii sztuki - w firmie handlowej.

Freeter

Oczywiście wcale nie trzeba zostać "człowiekiem społecznym". Można nie iść na studia albo do stałej pracy. Przeglądałam ostatnio magazyn o absolutnie najmodniejszej modzie, takiej z MTV i był tam materiał pt. "Makijaż w Shibui" ze zdjęciami dziewcząt spotkanych w mieście. Panie wyglądały mniej więcej tak, a w rubryce "czym się zajmuje" większość tych powyżej 20 roku życia miała wpisane jeśli nie "studentka", to "furītā" - japoński "anglicyzm", po polsku "praca dorywcza/bezrobotna". Najstarsza pani miała 27 lat.

Kiedy ktoś zdecyduje się na bycie "freeter'em", to niezależnie od wieku nie jest shakai-jin'em. Nie musi zmieniać wyglądu, manier, ani języka. Mam taki podręcznik do języka biznesowego skierowany do Japończyków, w której autor wyjaśnia szczegółowo, że na rozmowie kwalifikacyjnej nie należy mówić: "dzięki" ale "dziękuję (bardzo/uprzejmie)", nie "no cześć!" ale "dzień dobry", etc. We wstępie pisze m.in., że publikacja ta skierowana jest do studentów oraz osób, które pragną zmienić pracę dorywczą na stałą.

Tacy ludzie nawet po trzydziestce będą sobie trefić włosy (i panie i panowie) oraz podniecać się Disneylandem. Ale jednocześnie ludzie nawet młodsi ode mnie, którzy weszli już w "dorosłe" życie społeczne, stwierdzą, że to nie jest rozrywka dla nich. Owszem, można powiedzieć, że Japończycy wydają się bardziej dziecinni niż Europejczycy, ale tylko do momentu zostania "shakai-jin'ami". Natomiast "freeterzy" są wyjątkiem, mniejszością, na tyle jednak egzotyczną, że ciekawiej jest napisać artykuł o nich, uogólnić na całe społeczeństwo i oburzać się na to zdziecinnienie z pozycji dorosłych Europejczyków.

Dziecinność a niedojrzałość

Zresztą nawet to bycie dziecinnym w czasach studenckich jest dyskusyjne, ponieważ tak naprawdę różnica w mentalności (tutaj ponownie krytykuję swój wczorajszy wywód) istnieje tylko na powierzchni - młodzież japońska lubi Myszkę Miki, a polska techno, Dodę i Tokio Hotel. Natomiast pod powierzchnią gustów nastolatki i tu i tam tak samo piją, palą, uprawiają seks i tak samo panikują, kiedy spłodzą dziecko. Poziom pozornej dojrzałości i nieodpowiedzialności jest taki sam, a różnią się tylko trendy w popkulturze. Tutaj najbardziej atrakcyjna dziewczyna jest kawaii, czyli "słodka, milusia, rozczulająca", natomiast na Zachodzie kakkoii, czyli "silna, seksowna, bezczelna". Wg moich koleżanek, japońskie gwiazdki są kawaii, natomiast Avril Lavigne lub Scarlett Johansson są kakkoii. Nie słyszę tutaj raczej, żeby ktoś mówił o kimś "sexy". Ale czy ktoś w Polsce uważa, że dwudziestolatka naśladująca Dodę lub Mandarynę nie jest dziecinna? Oba społeczeństwa są tak samo niedojrzałe, ale okazują to na różne sposoby. Lecz to zdziecinnienie nie ma nic wspólnego z dziecięcą niewinnością, prostotą i czystością.

The end

Podsumowując, owszem, nie można zaprzeczyć temu, że dwudziestokilkuletni Japończycy lubią Disneyland i nawet chodzą do kina na kolejne kreskówki, i kupują gadżety. Nie oznacza to jednak, że w rzeczywistości są bardziej niedojrzali niż Polacy. Zdziecinnienie w popkulturze jest tutaj zdecydowanie bardziej widoczne niż na Zachodzie, ale ogranicza się ono wyłącznie do estetyki, do powierzchni.

I na koniec, by samokrytyki stało się zadość, zrugam się jeszcze za to: "nie mam zamiaru się tam wybierać". (Och, to się nie wybieraj, ale nie musisz o tym pisać!) No naprawdę, mogę sobie nie lubić Disneylandu, ale przecież to nie jest blog o moich osobistych upodobaniach. Obiektywizm ponad wszystko! (Nooo, poza tym, że Daru-chan jest super! ^_^v)

PS. Tygodniowy limit literek wyczerpany. Przechodzimy w tryb zdjęciowy.

Notice: Japanese characters in the comment's content are not displayed correctly.

***


Uwaga! Znaki japońskie w treści komentarza nie wyświetlają sie poprawnie.

Name:

Komentarze:

28.04.2008, 19:35 :: 83.18.133.122
Kansuke
Chyba nie, ale zresztą narazie wszyscy nieśmiało planują nie skończyć na pierwszym roku ^^ Dziękuję, ganbarimasu.

28.04.2008, 02:37 :: 124.32.233.138
tokio
Kaila, nie mam pojęcia, co to za utwór, ale prześlę linka do tutejszych koleżanek i dam znać, kiedy tylko mi odpowiedzą, w komentarzu pod aktualną notką.

Splin, ci uznani są shakai-jin'ami i cieszą się powszechnym szacunkiem. Zazwyczaj są po studiach. A młoda alternatywa, bez pozycji jeszcze, to tak jak w Polsce, trochę na marginesie, ale w gazetach podpisywani są wtedy zajęciami, np. "Youko, 27, prowadzi małą galerię".

Kieliszku, a tam moje minki, Twoje zdjęcia ogląda się o niebo przyjemniej. :)

Kansuke, no to powodzenia! ;) Są u was ludzie, którzy planują skończyć na licencjacie?

28.04.2008, 00:31 :: 83.18.133.122
Kansuke
Na całe szczęście nie ma ambicji, żeby zrobić całe jouyou, ale pracę chyba niestety trzeba będzie napisać... Poza tym, różnic szczęśliwie raczej brak.

27.04.2008, 19:13 :: 77.114.53.162
Splin
...A jak są postrzegani ludzie wykonujący zawody artystyczne (reżyserzy, pisarze, graficy, malarze, etc.)? Są postrzegani jako shakai-jin czy freeter?

27.04.2008, 16:10 :: 62.233.175.16
kieliszek
fajne minki!;) te po lewej zwłaszcza:)

27.04.2008, 16:09 :: 85.202.48.112
kaila
w części "freeter" w linku "tak" w tle leciał jakiś kawałek [zapewne ayumi ;p], może kojarzysz tytuł? [nie moge go znależć nooo a jestem ciekawa ;/]
ps. dlugi notex, chyba naprawde nie mogłaś zasnąć w nocy po tej notce z myszka miki i potrzebowałaś to skorygować ;>

27.04.2008, 15:50 :: 124.32.233.138
tokio
Nie, no, teraz to mnie dobiłeś. ;)

Właśnie tak się zastanawiałam, bo w zeszłym roku rozmawialiśmy o tym na zebraniach Rady Instytutu, ale nie byłam pewna, od kiedy to się zacznie.

I co teraz? Musicie się nauczyć tych 1945 znaków do końca trzeciego roku? I napisać pracę? (Och, jak dobrze, że zdążyłam przed tą reformą. Tak jak kiedyś przed gimnazjami. ;] )

27.04.2008, 15:37 :: 83.18.133.122
Kansuke
Nie chcę się wpasowywać w krytykę, ale tak zwane ale ;) Na poznańskiej japonistyce już jest system 3+2, jesteśmy bodajże pierwszym rokiem który "idzie" wg. tego podziału.