[Tokio, Itabashi, Ooyama]


There is no tradition of shopping malls in Japan. Downtown people shop in department stores while in suburbs trade concentrates in shopping streets like the one in the picture. Although stores here usually don't have windows or doors (the whole front wall is open), noone worries about shoplifters. A person caught on stealing would be simply done as a customer and a trustworthy person in the area. And social trust and acceptance of the group is so important to the Japanese that nobody would risk losing it for a pack of tissues.

Na przedmieściach Tokio oraz w mniejszych miastach na zakupy chodzi się na ulicę handlową. Jest to ulica, w określonych godzinach deptak, w którym nie ma żadnego mieszkania - po prostu sklep przy sklepie. Zazwyczaj na początku i na końcu alejki stoi kolorowa brama (bez wrót) z nazwą ulicy wyrażoną neonem lub kolorowym napisem. Czasami ulica jest zadaszona.

Najbliższa mi ulica handlowa, skupiająca się wokół stacji Ooyama nazywa się Happy Road, po japońsku happi roodoo, a okoliczni mieszkańcy mówią o niej w skrócie haroo. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że nazwy japońskie stanowią nieznaczną większość.

Sklepy na ulicy handlowej nie mają drzwi i wystaw - cała ściana skierowana do klienta jest otwarta (na noc zamykana wielką roletą), a towary "wysypują" się ze sklepu aż na deptak. I to jest właśnie ta kwestia różnic w polskiej i japońskiej mentalności, którą chciałam poruszyć - w tych sklepach nie ma bramki i magnetycznych nalepek na produktach, w większości nie ma kamer, sprzedawca stoi za ladą daleko w głębi sklepu. I nikt nawet nie pomyśli, że wziąć coś z takiej wystawy na ulicy. A jeśli pomyśli, to pomyśli też o tym, że gdyby ktoś go zauważył, to poza tym, że najpierw odwiedziłby najbliższy komisariat policji, to byłby również w tej okolicy skończony jako człowiek i klient. I w ogóle cała rodzina musiałaby się za niego wstydzić.

W Japonii istnieje bardzo wysokie zaufanie społeczne wynikające po części z obawy przed krytyką i ostracyzmem ze strony grupy, do której się należy. Z tego powodu w Japonii zasadniczo po prostu się nie kradnie, nie dewastuje ławek w parku, autobusów i budek telefonicznych. Przez to Japońscy turyści są często okradani za granicą, ponieważ nie wpojono im zasady "Uwaga na torby i kieszenie".

A najlepsza jest jedna apteka na haroo, która ma drzwi i szklaną ścianę, a poza tym osiem regałów zapełnionych po brzegi towarami promocyjnymi, stojących na zewnątrz. Lokale usługowe, gastronomiczne oraz drogie butiki mają szklane wystawy.

cdn.

PS. Na zdjęciu drugim widoczna jest apteka oraz sklep obuwniczy. Japońska apteka, podrobinie jak amerykańska lub kanadyjska, to połączenie polskich drogerii i apteki.

Notice: Japanese characters in the comment's content are not displayed correctly.

***


Uwaga! Znaki japońskie w treści komentarza nie wyświetlają sie poprawnie.

Name:

Komentarze:

17.02.2008, 10:11 :: 124.32.233.138
tokio
Ładna historia... ;)
W przypadku Japonii istnieje na szczęście bariera kosztów podróży i utrzymania, która sprawia, że w większości Polacy, którzy tu przyjeżdżają to albo ludzie bogaci albo studenci w programach stypendialnych, czyli nie najlepszy materiał na złodziei.
Istnieje jeszcze problem zachowań (jak np. oszukiwanie na biletach komunikacji miejskiej), które nawet studentom nie wydają się kradzieżą, a w Japonii są tak (i wg mnie właściwie) postrzegane.

16.02.2008, 09:38 :: 81.210.24.26
Y.
Ciekawe, kiedy dotrze tam nasza polska, złodziejska sława? Bo mam nadzieję, że jeszcze jej tam nie ma i długo nie będzie.
Generalnie ręce opadają. W portowych miasteczkach Włoch wygląda to podobnie - większość towarów wystawia się na zewnątrz, bo nie ma mowy, żeby wszystko pomieściło się w takiej małej budce, jaka przeciętnie jest przeznaczona na sklepik.
W te wakacje, jedna z moich ówczesnych roommates wchodzi do pokoju i z uśmiechem, podaje naszej wspólnej koleżance klipsy (Ania jej było i ona to tylko klipsy, w ogóle nie miała przekłutych uszu). Ania wiadomo się cieszy, że niespodzianka i że to takie miłe i że strasznie się jej podobają, a na to ofiarodawczyni ze stoickim spokojem: "E, nic takiego, chciałam zarąbać kolczyki, ale musiałam się pomylić".
W ciszy, jaka się przetoczyła po pokoju, tylko echo grało. Ja rozumiem, że my biedny kraj jesteśmy, a zakup głupiej płyy CD to pół kieszonkowego, no ale bez przesady.