t o k i o i o k o l i c e
tokyo and surroundings

Welcome to Japan which sometimes is so different from Canada or Poland that I just have to take a picture. And sometimes so ordinary that... I have to do the same to prove that Japan is not the stereotypical essence of exotic but a country where people live quite like the others. English text is a summary of Polish explanation, however do not hesitate to follow the links, as they usually lead to Japanese and English websites anyway. And pardon my English, please. ^_^v

Zapraszam do Japonii w której nie wszystkie kobiety to gejsze lub lolity z Harajuku i nie wszyscy mężczyźni mają czarny pas w karate, do Japonii, w której nie panuje kult kapcia, w której nie każdy posiłek to surowa ryba i w której nie istnieje zawód "upychacza pasażerów do pociągów metra", et cetera, et cetera…

Zapraszam do Japonii, w której codziennie po prostu jeżdżę na uczelnię, w drodze powrotnej po prostu kupuję mleko, chleb, pomidory, w której co tydzień robię pranie, oglądam seriale, a co miesiąc płacę rachunek za komórkę i kupuję podpaski (sic! w Japonii ma się wszystko tak samo jak w Polsce!).

Na moich zdjęciach postaram się pokazać ten kraj takim, jakim naprawdę jest - czasem rzeczywiście tak różnym do Polski, że aż wyjmuję aparat, ale najczęściej tak mało egzotycznym, że… też wyjmuję aparat, by mieć dowód na to, że Japonia to nie gabinet osobliwości, tylko miejsce, gdzie ludzie żyją podobnie jak my.


Marta Newelska
studentka V roku japonistyki na | pursuing Masters in Japanese at
UAM Poznań,
członkini i były prezes | member and former president of
Japonica Creativa,
członkini organizacji | member of
Japan Return Programme,
obecnie stypendystka na | currently a scholarship recipient at
Tokyo Ochanomizu University
e-mail: mishima(at)wp.pl



kółka | clubs


people | ludzie i historia Link 19.07.2008 :: 07:24 Komentuj (2)


[Tokio, Meguro, Komaba]


Most of my friends at university in Japan are members of some clubs - ikebana club, synchronized swimming team, comic books research club, and so on. I personally used to belong to the futsal team, before studying took my whole free time and I gave up on trainings.

I was wondering, why such clubs are so numerous and why Japanese don't prefer spending their time with friends after school and I realized that this is exactly what they are doing. While at my Polish university people concentrate on their tasks during such club meetings and go meet friends when they're done, Japanese see the club activity as an opportunity to make friends, as a group which connects them all. For that reason every club holds separate parties or organizes integration trips. On the other hand, it's not that rare, that when you give such membership up, you have nothing to talk about with people who used to be your friends and they can even ignore you on the street sometimes.

Such way of interacting with people gives a person a lot of shallow friendships and may be very nice when one can go out for lunch with a different person everyday, when every second person in the campus says "hello" and it seems that one is extremely popular. But on the other hand, when one has a serious problem, one needs a real friend, not a collegue and these are much more rare in Japan than in Poland (as I can understand from my Japanese friends' information).

Also, not being accepted by a group bears a strong feeling of loneliness and can lead to phenomenons like the "lunch depression" - a problem of young female Japanese office workers who are not invited to have lunch with their collegues and are ashamed of eating alone. Or to massacres done by individuals as lately in Akihabara.

I came to conclusion that Japanese need some good reason, some pretext to become friends and simply being neighbours (in an apartment building or in a dorm) or seeing each other frequently in school is not enough to start talking. It seems that Japanese don't meet new people during parties but they have parties with people they already know. And when the university life finishes, and there are no more classes and clubs, shy people have a big problem with making friends at their working places.


Kiedy przyjechałam na Uniwersytet Ochanomizu w październiku, zaczynał się właśnie drugi semestr, a wiec środek roku akademickiego. Mimo to już wtedy zauważyłam pozostawione na tablicach ogłoszeniowych zaproszenia do udziału w działalności różnych kół zainteresowań - ikebana, pływanie synchroniczne, ceremonia herbaty, siatkówka, nauka gry na gitarze elektrycznej, kółko badań nad komiksami, kółko fotograficzne, zespół taneczny, orkiestra symfoniczna, i jeszcze wiele, wiele innych - a wszystko na uczelni wielkości dwóch, trzech wydziałów UAM'u, z łączną liczbą studentów (wliczając doktorantów) nieco powyżej 3200 osób.

W kwietniu natomiast, kiedy na uniwersytety przybywają świeży pierwszoroczniacy, zaczyna się kolorowa i głośna kampania naboru do kółek. Na Ochanomizu były tylko plakaty, ale już studenci Uniwersytetu Tokijskiego postanowili przemówić do swych nowych kolegów bardziej dosadnie - w kwietniowe popołudnia po kampusie przechadzali się młodzi ludzie z krzykliwymi transparentami i megafonami: "Zapraszamy do nas! Drużyna kendo to najciekawsze zajęcia na tej uczelni!" "Nie może cię nie być w naszym kółku teatralnym!" "Hej pierwszaku! Czekamy na ciebie w klubie karate!", itd...

Patrzyłam na to i myślałam z żalem: A więc jednak się da! A więc można robić coś po zajęciach! Japończycy potrafią się zebrać i coś razem zrobić! A na naszą Creativę to trzeba ludzi ciągnąc siła, szantażować emocjonalnie znajomych! (Pozdrawiam wszystkich, którzy musieli znosić moje "No wiesz? Ja tu się staram, a Ty nie chcesz przyjść na spotkanie? Taki z Ciebie kolega? Tak? Tak?!" ^_-)

Po miesiącu obserwacji zrozumiałam, dlaczego takie rzeczy nie mogą się udać na naszych rodzimych uczelniach: bo Polacy mają inne sposoby na znajdowanie sobie znajomych i przyjaciół. ;) Bo Polacy poznają ludzi na imprezach, a Japończycy na imprezy chodzą tylko z ludźmi, których już znają.

Moja koleżanka Ala przemieszkała cztery lata studiów w polskich akademikach, po czym wyjechała na nauki do Japonii. Pierwsze kontakty z koleżankami z japońskiego akademika były dla niej zaskoczeniem. Bo w Polsce to jest normalne, że np. we wspólnej kuchni ludzie do siebie zagadują, tak się poznają i już mogą sobie mówić "cześć". Albo wchodzą do pokoju, w którym trwa impreza, nawet jeśli nie znają osobiście mieszkańców tego konkretnego pokoju. Ot, świetna okazja, żeby się wreszcie poznać.

Ala najpierw dziwiła się, dlaczego nikt nie zagaduje jej, skoro jest jedną z niewielu studentek zagranicznych w tym akademiku. Kiedy w Polsce na jej pietrze zamieszkały dziewczyny z Czech, od razu znalazły się w centrum zainteresowania, a tutaj wszyscy ja ignorują. Postanowiła wiec zagadnąć sama, a reakcja współmieszkanek była kolejną niespodzianką - panie zazwyczaj patrzyły na nią zaskoczone, jakby przestraszone - okazywały minimum zainteresowania, po czym uciekały speszone, kiedy tylko była okazja.

Mnie z powodu mojej obcości zagadnięto raz, pierwszego dnia po przyjściu na uczelnię, ale nie było to w akademiku i nie zdarzyło się nigdy więcej.

Jakaś laska: Ojej! Cześć, cześć! Skąd jesteś? Wiesz, w tym roku wybieram się do Ameryki! Raz już byłam! Fantastyczny kraj! Naprawdę, świetny!

Ja: Tak? Nie wiem, nigdy nie byłam w Ameryce. I nawet nie chcę tam jechać. Jestem z Polski. POLSKA.

Ona: A... Aha...

Ja: To w Europie jest. Niedaleko Rosji. Mówimy tam po polsku.

Ona: Aha... A to ciekawe...

Ja: Nie umiem mówić po angielsku.

Ona: O! Naprawdę? Aha... Hm... To cześć! Jeszcze się spotkamy na uczelni, nie? Zjedzmy kiedyś razem lunch! Pa, pa!

Ja: Jasne, zjedzmy, zjedzmy...

W tej rozmowie z Alą opowiedziałam jej o moich przygodach z kołkiem ikebany. Chodziłam tam przez miesiąc i wszystkie dziewczęta były dla mnie słodkie niczem miód. Wymieniłyśmy się numerami telefonów, uśmiechałyśmy się do siebie ciepło, a kiedy spotkałyśmy się przypadkiem na uczelni, kwiliłyśmy do siebie słodkie "czeeeść!" Aż się wreszcie z kółka wypisałam, dowiedziałam się przy pożegnaniu, że zawsze będę tam mile widziana i jakże się zdziwiłam, gdy pierwszy raz po tym zdarzeniu spotkalam me słodkie koleżanki na stołówce. Już nabrałam powietrza, by wyartykułować "cześć", kiedy "koleżanki" minęły mnie niczym zupełnie obcego człowieka.

I tak się sobie żaliłyśmy z Alą i doszłyśmy do wniosku, ze Japończycy najwyraźniej muszą mieć jakiś pretekst, żeby się kolegować. Mogą razem chodzić na zajęcia lub na kółko po nich. Ale mieszkanie w tym samym akademiku to jeszcze nie powód, żeby tam od razu ze sobą rozmawiać. Koniec wspólnych zajęć lub działalności w kółku to z kolei powód, by już nie musieć się ze sobą zadawać. Wszyscy moi japońscy znajomi to ludzie poznani na zajęciach, na kółku i w JRP, z czego większość nie kontaktuje się ze mną i ze sobą nawzajem pomiędzy kolejnymi wydarzeniami związanymi z daną działalnością.

Obcokrajowcy, nie tylko w Japonii zresztą, mają tendencję do interpretowania rożnych zachowań przez pryzmat swojej obcości. Ja na przykład zjadłam swój pierwszy ryż z sosem curry (bardzo popularna potrawa) pałeczkami, bo uważałam, że pani w restauracji dała mi łyżkę z przeświadczeniem, że pałeczek używać nie umiem. Tym bardziej, że moja koleżanka Chinka, dostała pałeczki do ryżu z potrawką z wołowiny. A później się okazało, ze ryż z sosem po prostu jada się łyżką...

Tak samo podejrzewałam, że koleżanki traktują mnie tak, a nie inaczej, poniewaz nie jestem taką samą Japonką, aż moja dobra koleżanka Japonka (Kisses for Kaori!) wyjaśniła mi, że ona też ma bardzo wiele znajomych, z którymi rozmawia co najwyżej o szkole i spotyka się z nimi ewentualnie na lunchu w uczelnianej stołówce i na spotkaniach integracyjnych swojego kółka. Również Ala zauważyła, że koleżanki z akademika tak samo ignorują się nawzajem, choć codziennie się mijają w kuchni, czy na korytarzu.

Nie oznacza to, że Japończycy nie chcą się kolegować. Wręcz przeciwnie - po to mają taki wybór rożnych klubów. Każde takie koło organizuje przynajmniej raz w roku spotkanie lub nawet wyjazd integracyjny, podczas którego uczestnicy mogą się poznać z innej strony. Ja na imprezie (tzn. siedzeniu w restauracji przy jedzeniu i alkoholu) powitalnej nowych członków klubu piłki halowej dowiedziałam się na przykład, ze jednak jestem ładna. Koledzy z drużyny męskiej oglądali mnie od zimy w dresie, ociekającą potem, aż tu nagle ukazałam im się w ładnej fryzurze, z pomalowanymi rzęsami, w kobiecym stroju - w ogóle inny człowiek! ;)

Byłam jedyną członkinią żeńskiej drużyny, która przeszła taką metamorfozę. (Chwilową zresztą, bo na treningu znów ukazałam swe szkaradne oblicze. ^_-) Ponieważ zaczęłam chodzić na treningi podczas przerwy zimowej, jeździłam na nie rowerem prosto z domu, a wiec już na kampus przybywałam w niezbyt imponującej wersji sportowej. Natomiast reszta dziewcząt zjawiała się w szatni w prześlicznych ciuszkach i pełnym makijażu. Wiązanie włosów do treningu tak, żeby wyglądały ładnie, zajmowało trochę czasu. Ale oszczędzały go na niezmywaniu makijażu. Czegoż się nie robi, kiedy na boisku obok kopie piłkę trzydziestu pięknych młodzieńców...

Po grze, podczas której chłopcy przychodzili do nas, by dawać nam profesjonalne rady, dziewczęta wycierały się w szatni pachnącymi chusteczkami, poprawiały rzęsy i policzki, wciągały na siebie swe kobiece kreacje i udawały się w okolice automatu z napojami. Tam już czekali chłopcy, by spędzić razem 20 minut na wspólnym piciu coli i wymienianiu się uwagami na temat gry, szkoły oraz osobistych cech poszczególnych osób. W momencie mojego dołączenia do drużyny była tam już jedna para, a o powstanie kolejnej starała się pewna zakochana dziewczyna (druga od lewej w górnym rzędzie).

Po zrobieniu tego zdjęcia pod koniec maja, przestałam chodzić na treningi z powodu natężenia pracy na uczelni i w JRP. Od tego czasu skontaktowałyśmy się jeszcze w sprawie meczu wyjazdowego, a później nie miałyśmy już o czym do siebie pisać.

Z moich obserwacji wynika, ze Japończycy mają w życiu wiele płytkich znajomości wynikających z przynależenia do jakiejś grupy. Są to takie znajomości, które miło zajmują dzień - zawsze można wyskoczyć na lunch z kimś innym i pogadać o mało ważnych sprawach. Zawsze jest wiele osób, którym można powiedzieć "cześć", pożyczyć notatki z wykładu, zapytać o pogodę i smaczną restaurację w okolicy.

ALE.

Ale kiedy ma się poważny problem, to zostaje tylko najlepszy przyjaciel, którego (przynajmniej wg mojego wywiadu wśród Japończyków) ma zdecydowanie mniej osób niż w Polsce.

Ale kilka lat temu uwagę mediów zwrócił problem "depresji lunchowej", dotykającej młode pracowniczki firm, których znajomi z biura nie zapraszali do wspólnego wyjścia na przerwę obiadową i które jeździły zjeść w inną część miasta, żeby jakiś znajomy przypadkiem nie zobaczył ich jedzących samotnie.

Ale kiedy skończy się szkoła i skończą się kółka, a zacznie praca i co najwyżej obowiązkowe wyjścia na piwo ze współpracownikami, to ci, którzy nie potrafią się przebić w grupie, odczuwają swoją samotność bardzo dotkliwie - i później jadą na taką Akihabarę zabijać ludzi, którzy ich odrzucili. W jednym z programów telewizyjnych po zbrodni skupiono się na opiniach telewidzów, wśród których wiele było głosów: "Oczywiście potępiam taki sposób zwracania na siebie uwagi, ale rozumiem uczucia tego pana. Sam/a często tak czuję.

To jest w ogóle bardzo ciekawy temat na pracę magisterską - morderstwa, szczególnie te rzezie w zatłoczonych miejscach prawie nigdy nie mają podłoża rabunkowego, a są wynikiem krańcowej frustracji odrzuconych dziwaków. Przez rok oglądania wiadomości widziałam tylko jeden przypadek morderstwa dla pieniędzy - popełnił je Amerykanin, który zresztą drugiego dnia procesu zmienił nagle zeznania i zaczął twierdzić, że on po prostu słyszał głosy, które kazały mu kogoś zabić. Niezbyt to pasowało do przebiegu wypadków - morderca zamówił taksówkę i przejechał nią dystans za pokaźną sumę. Kiedy przyszło mu zapłacić, podał kierowcy kartę kredytową, która okazała się nieważna. Kolejna również. Kierowca zaczął domagać się zapłaty i wtedy został ugodzony nożem.

A z takich mniej drastycznych "ale", to tutaj na wesela zaprasza się szefa, współpracowników, starszych kolegów z czasów uniwersyteckich, wykładowców (np. promotora) i tym podobnych ludzi, których zaprosić wypada, bo ma się wobec nich jakiś dług wdzięczności lub zobowiązania, a którzy sprawiają, że wesele trwa dwie godziny, bo przecież z szefem nie można chlać i tańczyć do białego rana. ;)


archiwum | archive
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

linki | links
Scholars about Japan
Japoniści o Japonii

Japonica Creativa

kategorie | categories
the city | miasto i okolice(55)
heritage | świątynie i zamki(11)
culture | kultura i sztuka(15)
people | ludzie i historia(34)
life | Ĺźycie i zwyczaje(65)
PL in JP | polska w japonii(7)

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl