t o k i o i o k o l i c e
tokyo and surroundings

Welcome to Japan which sometimes is so different from Canada or Poland that I just have to take a picture. And sometimes so ordinary that... I have to do the same to prove that Japan is not the stereotypical essence of exotic but a country where people live quite like the others. English text is a summary of Polish explanation, however do not hesitate to follow the links, as they usually lead to Japanese and English websites anyway. And pardon my English, please. ^_^v

Zapraszam do Japonii w której nie wszystkie kobiety to gejsze lub lolity z Harajuku i nie wszyscy mężczyźni mają czarny pas w karate, do Japonii, w której nie panuje kult kapcia, w której nie każdy posiłek to surowa ryba i w której nie istnieje zawód "upychacza pasażerów do pociągów metra", et cetera, et cetera…

Zapraszam do Japonii, w której codziennie po prostu jeżdżę na uczelnię, w drodze powrotnej po prostu kupuję mleko, chleb, pomidory, w której co tydzień robię pranie, oglądam seriale, a co miesiąc płacę rachunek za komórkę i kupuję podpaski (sic! w Japonii ma się wszystko tak samo jak w Polsce!).

Na moich zdjęciach postaram się pokazać ten kraj takim, jakim naprawdę jest - czasem rzeczywiście tak różnym do Polski, że aż wyjmuję aparat, ale najczęściej tak mało egzotycznym, że… też wyjmuję aparat, by mieć dowód na to, że Japonia to nie gabinet osobliwości, tylko miejsce, gdzie ludzie żyją podobnie jak my.


Marta Newelska
studentka V roku japonistyki na | pursuing Masters in Japanese at
UAM Poznań,
członkini i były prezes | member and former president of
Japonica Creativa,
członkini organizacji | member of
Japan Return Programme,
obecnie stypendystka na | currently a scholarship recipient at
Tokyo Ochanomizu University
e-mail: mishima(at)wp.pl



mieszanka polska | polish mix


PL in JP | polska w japonii Link 01.07.2008 :: 17:27 Komentuj (7)








These are some Polish little things that I found by chance in Tokyo. In the first picture there are New Year greetings in Polish, the second one is a page from a catalogue of Nikifor, Polish painter's works and the third one shows a simple map o Poland in Japanese.

Trafiłam dotychczas na kilka małych polskich akcentów w Tokio, jednak zawsze zbyt małych, by o nich pisać. Tych kilka zdjęć leżało tak sobie na dysku, a ja nie wiedziałam, co z nimi zrobić, aż doszłam do wniosku, że można je zaprezentować razem.

Na pierwszym zdjęciu plansza z imprezy plenerowej w lutym tego roku - tzw. Chiński Nowy Rok w Parku Ueno. Na drugim - strona z japońskiego katalogu na temat Nikifora i filmu o nim, a na trzecim mapa Polski po japońsku ze wstępu do zbioru opowiadań polskich pisarzy z okresu II wojny światowej ("Seishūkan", wyd. Kōbunsha, 1966). Swoją drogą, nie ma się czym chwalić, ale to
w tej książce zobaczyłam po raz pierwszy w życiu nazwiska wszystkich trzech autorów przetłumaczonych opowiadań. Czy ktoś tu zna twórczość Zofii Posmysz, Jerzego Andrzejewskiego lub Stanisława Grochowiaka? Jest to o tyle ciekawe, że działa tez w drugą stronę - moi japońscy znajomi, nie licząc koleżanek i kolegów z seminarium magisterskiego, mają blade pojęcie np. o siedemnastowiecznej literaturze japońskiej, którą się teraz zajmuję.



uliczni grajkowie | street musicians ;)


people | ludzie i historia Link 04.07.2008 :: 07:29 Komentuj (6)










[Tokio, Shibuya, Harajuku]

The environs of the Harajuku Station in Tokyo are known for people dressed in fancy clothes, the flea market on Sundays and for musicians who use the street as myspace but in real. ;)

Okolice dworca Harajuku w Tokio znane sa z ludzi w ekstrawaganckich strojach, z pchlego targu w niedziele oraz z muzykow, ktorzy korzystaja z chodnika jak z myspace, ale w tzw. realu. ;) (Oczywiscie grali tam, zanim tworcom myspace w ogole przysnil sie taki pomysl.) Nie mam zielonego pojecia, czy zdarza im sie zrobic kariere.

PS. Wrocilam. Podejrzewam, ze blog straci swa regularnosc, ale postaram sie pisac nie rzadziej niz co dwa dni. Nie ma polskich znkow, poniewaz za kazdym razem korzystam z innego komputera i musze wszedzie od nowa instalowac slownik polski dla firefoxa, ktory i tak pozniej jest usuwany przez obsluge. ;)


imperium znaków, oi! | empire of signs, oi!


culture | kultura i sztuka Link 09.07.2008 :: 05:49 Komentuj (4)




[Tokio, Toshima, Ikebukuro]


A phone conversation short after I came to Tokyo:
Esther: Where are you? I came out of the station but I can't see you.
Me: I don't know... I'm standing in front of a big department store. It's Oioi.
E: ... Where?
Me: Oioi...
E: Where did you go... (thinks for a while) Oh... Oh! Ha ha ha ha!
Me: What...?
E: In front of Oioi! It's Marui! Wait there, I'm coming!
Me: Marui... It couldn't have been more obvious... -_-'

So the reason why it should be read "marui" is that in 1935 Chūji Aoi, the founder of the Marui Group named his company like that, and wrote it with two characters: maru - a circle and i - a well. However, he didn't mean "a round well" but rather an adjective "round" (marui but written a bit differently) and used the well phonetically, as many people do in creating names (eg. the most famous Japanese baseball player, Hideki Matsui - matsu is a pine). At that time the logo was a well (which actually looks like this: #) inside a circle (check out the link in the Polish text for pics). But in 1973 the new design was introduced along with the phone number to the Marui information center: the number was 0101 (now also the website address) and the logo: OIOI. As the number reads in Japanese: maru ichi maru ichi (maru also means "zero"), the logo can be interpreted as digits or as circles and the "i" from the Latin alphabet.

Speaking of companies' names, Mitsubishi means "three diamonds" (as can bee seen in the logo) and Bridgestone is a literal translation of the company's founder, Mr Ishibashi's name (ishi - a stone, hashi - a bridge).


Rozmowa telefoniczna niedługo po moim przyjeździe do Tokio:

Esther: Gdzie jesteś? Wyszłam już ze stacji, a ciebie nie ma.

Ja: Nie wiem... Stoję pod takim dużym centrum handlowym. Pod Oioi.

Esther: ... Gdzie?

Ja: No, pod Oioi...

Esther: Ludzie... Gdzieś ty polazła... (chwila zastanowienia) Eee? Ha! Ha ha ha ha!

Ja: Co...?

Esther: Ha ha ha ha! Pod Oioi! Hi hi hi! Pod Marui! Już do ciebie idę .

Ja: Marui... Jakież to oczywiste... -_-'


Maru to po japońsku zasadniczo "kółko" (ale tak kolokwialnie - to nie to samo co geometryczny okrąg) oraz wiele rzeczy, które mają kształt koła. Np. takie "zero" można po japońsku nazwać na trzy sposoby: 1. w nauce najczęściej występuje sino-japońskie określenie rei (np. w wyrażeniach takich jak "temperatura poniżej zera" itp.); 2. słowa zero używa się np. w wynikach sportowych, w zapożyczeniach z angielskiego, a ostatnio w nazwach piwa i innych puszkowanych alkoholi, które rzekomo nie tuczą; 3. wreszcie określeniem maru wyraża się często liczby w codziennej rozmowie - ja np. mieszkam w akademiku w pokoju 202, o którym mówi się: ni maru ni (gdzie ni to liczebnik sinojapoński, jak rei. Wszystkie 9 cyfr określa się z chińska, a tylko zero pozostaje kółkiem), podobnie podaje się numery telefonów (ale w rozmowie biznesowej raczej zero).

Maru to też "kropka" na końcu zdania, która po japońsku jest rzeczywiście malutkim kółeczkiem. Z kolei przecinek nazywa się ten, co dosłownie oznacza "punkt" i jest również w tym znaczeniu używane. (Istnieją bardziej skomplikowane określenia, ale nikt tak nie mówi. ^_-)

A na testach i innych klasówkach wykładowcy wypisują czerwonymi długopisami maru przy poprawnych odpowiedziach, a batsu (krzyżyk) przy złych.

Z kolei marui to przymiotnik oznaczający "okrągły".

A Chūji Aoi, założyciel sieci centrów handlowych Marui, miał w ogóle jeszcze inny pomysł na kółko. Założył firmę w 1931 roku i nazwał ja "Maruni", ale po czterech latach zmienił nazwę na "Marui", co zapisał dwoma znakami kanji: maru + i (studnia). Niekoniecznie chodziło mu o okrągłą studnię - "studni" często używa się po prostu do fonetycznego wyrażenia "i" w nazwisku lub nazwie, jak u najsłynniejszego japońskiego bejsbolisty - Hideki Matsui (matsu - sosna). Logo miało wtedy kształt znaku "studnia" (który wygląda mniej więcej tak: #) wpisanego w koło - strona z historią firmy jest po japońsku, ale logo widać na zdjęciach.

W roku 1973 nowe logo - ów "oioi" - zostało wprowadzone wraz z numerem infolinii Marui: 0101. Ponieważ "1" czyta się ichi, cały numer brzmi: maru ichi maru ichi. Adres strony internetowej to również www.0101.co.jp.

Czyli "maru" w logo firmy oznacza i kółko i zero, a kreski mogą być zarówno jedynkami jak i łacińskimi literami "i". Ale czyta się "marui". Swoją drogą, oi! to po japońsku wykrzyknik oznaczający mniej więcej polskie "ej!".

Skoro już mowa o nazwach firm, to Mitsubishi oznacza "trzy romby" (mitsu - japoński liczebnik 3, gdzie sinojapoński to san + hishi dosłownie, wg odpowiednika w polskiej Wikipedii: roślina o nazwie kotewka orzech wodny) i jest pierwotnie nazwą wzoru na kimonie lub herbu rodzinnego. A Bridgestone to dosłowne tłumaczenie nazwiska założyciela firmy, pana Ishibashi (ishi - kamień, hashi - most).

PS. Gdyby ktoś się zastanawiał, co znaczy tytuł - stąd moje skojarzenie.

PS. OK, już nie obiecuję, ze będzie co dwa dni. Sama nie wiem, jak będzie, ale będzie. ^_^v Yoroshiku onegai shimasu.


bilet na posilek | a meal ticket


life | Ĺźycie i zwyczaje Link 14.07.2008 :: 03:27 Komentuj (4)




[Tokio, Itabashi, Ooyama, Matsuya]


In every language there are terms which can be comprehended fully only when experienced. To me one of them was "a meal ticket", widely used in Japan but never in Poland or Canada. It's the most common way of paying in bars with cheaper food. Next to the entrance door there's a machine with big buttons on which there are the meals' names, pictures and prices. After inserting the required sum of money, you chose the meal and a little ticket pops out. Then you give the ticket to a waiter and wait for the meal. This way people save the time on paying at the cashier and staff's time on waiting till the customer decides what to eat. In family restaurants and rather expensive restaurants customers pay at the cashier after the meal, not at the table. In fast food bars they pay at the cashier before getting a meal.

W kazdym jezyku sa takie pojecia, ktorych nie zrozumie sie do konca, poki sie ich nie doswiadczy. Zjawiska, przedmioty charakterystyczne dla kultury, z ktorej wywodzi sie dany jezyk; slowa, dla ktorych w innych jezykach niekoniecznie istnieja scisle odpowiadajace im terminy; wyrazenia, ktorych nie da sie przetlumaczyc bez odpowiedniego wyjasnienia, bez nakreslnenia tla. Dlatego tak wazne w nauce jezyka jest rowniez poznanie stojacej za nim kultury.

O ile takie "jablko" ma bezposrednie odpowiedniki w wielu jezykach (ale juz niekoniecznie niesie takie same skojarzenia - w Polsce jablko to najpospolitszy i najtanszy owoc, a np. na Sri Lance takim owocem jest banan), o tyle np. polskie "flaczki" (jako nazwa potrawy) juz nie.

Mnie osobiscie klopoty poznawcze sprawil "bilet na posilek". Nauczylismy sie tego slowa bodajze juz na pierwszym roku na zajeciach ze znakow (kanji). Shokken - shoku - posilek/jedzenie + ken - bilet. Dowiedzielismy sie, ze Japonczycy czasami kupuja bilety na jedzenie. Aha... Ok, cokolwiek... Zrozumialam, ze jedzenie i ze bilet, nauczylam sie, zdalam i pomyslalam, ze to kolejne dziwaczne slowko, ktorego nikt nie uzywa, ale ktorego my sie musimy nauczyc, bo tak to juz jest na filologiach.

A w Tokio okazalo sie, ze bilety na posilki to calkiem powszechny sposob na szybkie i sprawne placenie w barach, stolowkach i tanszych restauracjach. Przy wejsciu do lokalu stoi automat z calym menu przedstawionym na przyciskach. Kazdy przycisk na powyzszej fotografii przedstawia nazwe potrawy, jej zdjecie oraz cene. Po wrzuceniu monet lub wsunieciu banknotu, zaswieca sie zielona lampka pod przyciskami, ktorych ceny mieszcza sie we wrzuconej kwocie. Jezeli danej potrawy nie ma, swieci sie lampka czerwona - napis: "wyprzedane".

Po nacisnieciu przycisku, z maszyny wypada bilecik. Aby dostac reszte, trzeba zazwyczaj nacisnac osobny przycisk. Przy stoliku lub barze (ladzie) bilet odbiera osoba z obslugi i po chwili przynosi gotowe danie. W ten sposob oszczedza sie czas na placeniu rachunku w kasie oraz czas kelnerow, ktorzy nie musza stac na klientem, kiedy ten zastanawia sie nad menu.

Takie rozwiazanie stosuje sie zazwyczaj w barach z tanim i szybkim jedzeniem, odpowiadajacych naszym barom mlecznym, choc nie do konca. W tzw. restauracjach rodzinnych oraz drozszych restauracjach rachunek placi sie w kasie przy wyjsciu, a nie przy stoliku, jak to najczesciej bywa w Polsce. W barach fast-food placi sie przy kasie przed odbiorem jedzenia, czyli tak jak wszedzie.


kółka | clubs


people | ludzie i historia Link 19.07.2008 :: 07:24 Komentuj (2)


[Tokio, Meguro, Komaba]


Most of my friends at university in Japan are members of some clubs - ikebana club, synchronized swimming team, comic books research club, and so on. I personally used to belong to the futsal team, before studying took my whole free time and I gave up on trainings.

I was wondering, why such clubs are so numerous and why Japanese don't prefer spending their time with friends after school and I realized that this is exactly what they are doing. While at my Polish university people concentrate on their tasks during such club meetings and go meet friends when they're done, Japanese see the club activity as an opportunity to make friends, as a group which connects them all. For that reason every club holds separate parties or organizes integration trips. On the other hand, it's not that rare, that when you give such membership up, you have nothing to talk about with people who used to be your friends and they can even ignore you on the street sometimes.

Such way of interacting with people gives a person a lot of shallow friendships and may be very nice when one can go out for lunch with a different person everyday, when every second person in the campus says "hello" and it seems that one is extremely popular. But on the other hand, when one has a serious problem, one needs a real friend, not a collegue and these are much more rare in Japan than in Poland (as I can understand from my Japanese friends' information).

Also, not being accepted by a group bears a strong feeling of loneliness and can lead to phenomenons like the "lunch depression" - a problem of young female Japanese office workers who are not invited to have lunch with their collegues and are ashamed of eating alone. Or to massacres done by individuals as lately in Akihabara.

I came to conclusion that Japanese need some good reason, some pretext to become friends and simply being neighbours (in an apartment building or in a dorm) or seeing each other frequently in school is not enough to start talking. It seems that Japanese don't meet new people during parties but they have parties with people they already know. And when the university life finishes, and there are no more classes and clubs, shy people have a big problem with making friends at their working places.


Kiedy przyjechałam na Uniwersytet Ochanomizu w październiku, zaczynał się właśnie drugi semestr, a wiec środek roku akademickiego. Mimo to już wtedy zauważyłam pozostawione na tablicach ogłoszeniowych zaproszenia do udziału w działalności różnych kół zainteresowań - ikebana, pływanie synchroniczne, ceremonia herbaty, siatkówka, nauka gry na gitarze elektrycznej, kółko badań nad komiksami, kółko fotograficzne, zespół taneczny, orkiestra symfoniczna, i jeszcze wiele, wiele innych - a wszystko na uczelni wielkości dwóch, trzech wydziałów UAM'u, z łączną liczbą studentów (wliczając doktorantów) nieco powyżej 3200 osób.

W kwietniu natomiast, kiedy na uniwersytety przybywają świeży pierwszoroczniacy, zaczyna się kolorowa i głośna kampania naboru do kółek. Na Ochanomizu były tylko plakaty, ale już studenci Uniwersytetu Tokijskiego postanowili przemówić do swych nowych kolegów bardziej dosadnie - w kwietniowe popołudnia po kampusie przechadzali się młodzi ludzie z krzykliwymi transparentami i megafonami: "Zapraszamy do nas! Drużyna kendo to najciekawsze zajęcia na tej uczelni!" "Nie może cię nie być w naszym kółku teatralnym!" "Hej pierwszaku! Czekamy na ciebie w klubie karate!", itd...

Patrzyłam na to i myślałam z żalem: A więc jednak się da! A więc można robić coś po zajęciach! Japończycy potrafią się zebrać i coś razem zrobić! A na naszą Creativę to trzeba ludzi ciągnąc siła, szantażować emocjonalnie znajomych! (Pozdrawiam wszystkich, którzy musieli znosić moje "No wiesz? Ja tu się staram, a Ty nie chcesz przyjść na spotkanie? Taki z Ciebie kolega? Tak? Tak?!" ^_-)

Po miesiącu obserwacji zrozumiałam, dlaczego takie rzeczy nie mogą się udać na naszych rodzimych uczelniach: bo Polacy mają inne sposoby na znajdowanie sobie znajomych i przyjaciół. ;) Bo Polacy poznają ludzi na imprezach, a Japończycy na imprezy chodzą tylko z ludźmi, których już znają.

Moja koleżanka Ala przemieszkała cztery lata studiów w polskich akademikach, po czym wyjechała na nauki do Japonii. Pierwsze kontakty z koleżankami z japońskiego akademika były dla niej zaskoczeniem. Bo w Polsce to jest normalne, że np. we wspólnej kuchni ludzie do siebie zagadują, tak się poznają i już mogą sobie mówić "cześć". Albo wchodzą do pokoju, w którym trwa impreza, nawet jeśli nie znają osobiście mieszkańców tego konkretnego pokoju. Ot, świetna okazja, żeby się wreszcie poznać.

Ala najpierw dziwiła się, dlaczego nikt nie zagaduje jej, skoro jest jedną z niewielu studentek zagranicznych w tym akademiku. Kiedy w Polsce na jej pietrze zamieszkały dziewczyny z Czech, od razu znalazły się w centrum zainteresowania, a tutaj wszyscy ja ignorują. Postanowiła wiec zagadnąć sama, a reakcja współmieszkanek była kolejną niespodzianką - panie zazwyczaj patrzyły na nią zaskoczone, jakby przestraszone - okazywały minimum zainteresowania, po czym uciekały speszone, kiedy tylko była okazja.

Mnie z powodu mojej obcości zagadnięto raz, pierwszego dnia po przyjściu na uczelnię, ale nie było to w akademiku i nie zdarzyło się nigdy więcej.

Jakaś laska: Ojej! Cześć, cześć! Skąd jesteś? Wiesz, w tym roku wybieram się do Ameryki! Raz już byłam! Fantastyczny kraj! Naprawdę, świetny!

Ja: Tak? Nie wiem, nigdy nie byłam w Ameryce. I nawet nie chcę tam jechać. Jestem z Polski. POLSKA.

Ona: A... Aha...

Ja: To w Europie jest. Niedaleko Rosji. Mówimy tam po polsku.

Ona: Aha... A to ciekawe...

Ja: Nie umiem mówić po angielsku.

Ona: O! Naprawdę? Aha... Hm... To cześć! Jeszcze się spotkamy na uczelni, nie? Zjedzmy kiedyś razem lunch! Pa, pa!

Ja: Jasne, zjedzmy, zjedzmy...

W tej rozmowie z Alą opowiedziałam jej o moich przygodach z kołkiem ikebany. Chodziłam tam przez miesiąc i wszystkie dziewczęta były dla mnie słodkie niczem miód. Wymieniłyśmy się numerami telefonów, uśmiechałyśmy się do siebie ciepło, a kiedy spotkałyśmy się przypadkiem na uczelni, kwiliłyśmy do siebie słodkie "czeeeść!" Aż się wreszcie z kółka wypisałam, dowiedziałam się przy pożegnaniu, że zawsze będę tam mile widziana i jakże się zdziwiłam, gdy pierwszy raz po tym zdarzeniu spotkalam me słodkie koleżanki na stołówce. Już nabrałam powietrza, by wyartykułować "cześć", kiedy "koleżanki" minęły mnie niczym zupełnie obcego człowieka.

I tak się sobie żaliłyśmy z Alą i doszłyśmy do wniosku, ze Japończycy najwyraźniej muszą mieć jakiś pretekst, żeby się kolegować. Mogą razem chodzić na zajęcia lub na kółko po nich. Ale mieszkanie w tym samym akademiku to jeszcze nie powód, żeby tam od razu ze sobą rozmawiać. Koniec wspólnych zajęć lub działalności w kółku to z kolei powód, by już nie musieć się ze sobą zadawać. Wszyscy moi japońscy znajomi to ludzie poznani na zajęciach, na kółku i w JRP, z czego większość nie kontaktuje się ze mną i ze sobą nawzajem pomiędzy kolejnymi wydarzeniami związanymi z daną działalnością.

Obcokrajowcy, nie tylko w Japonii zresztą, mają tendencję do interpretowania rożnych zachowań przez pryzmat swojej obcości. Ja na przykład zjadłam swój pierwszy ryż z sosem curry (bardzo popularna potrawa) pałeczkami, bo uważałam, że pani w restauracji dała mi łyżkę z przeświadczeniem, że pałeczek używać nie umiem. Tym bardziej, że moja koleżanka Chinka, dostała pałeczki do ryżu z potrawką z wołowiny. A później się okazało, ze ryż z sosem po prostu jada się łyżką...

Tak samo podejrzewałam, że koleżanki traktują mnie tak, a nie inaczej, poniewaz nie jestem taką samą Japonką, aż moja dobra koleżanka Japonka (Kisses for Kaori!) wyjaśniła mi, że ona też ma bardzo wiele znajomych, z którymi rozmawia co najwyżej o szkole i spotyka się z nimi ewentualnie na lunchu w uczelnianej stołówce i na spotkaniach integracyjnych swojego kółka. Również Ala zauważyła, że koleżanki z akademika tak samo ignorują się nawzajem, choć codziennie się mijają w kuchni, czy na korytarzu.

Nie oznacza to, że Japończycy nie chcą się kolegować. Wręcz przeciwnie - po to mają taki wybór rożnych klubów. Każde takie koło organizuje przynajmniej raz w roku spotkanie lub nawet wyjazd integracyjny, podczas którego uczestnicy mogą się poznać z innej strony. Ja na imprezie (tzn. siedzeniu w restauracji przy jedzeniu i alkoholu) powitalnej nowych członków klubu piłki halowej dowiedziałam się na przykład, ze jednak jestem ładna. Koledzy z drużyny męskiej oglądali mnie od zimy w dresie, ociekającą potem, aż tu nagle ukazałam im się w ładnej fryzurze, z pomalowanymi rzęsami, w kobiecym stroju - w ogóle inny człowiek! ;)

Byłam jedyną członkinią żeńskiej drużyny, która przeszła taką metamorfozę. (Chwilową zresztą, bo na treningu znów ukazałam swe szkaradne oblicze. ^_-) Ponieważ zaczęłam chodzić na treningi podczas przerwy zimowej, jeździłam na nie rowerem prosto z domu, a wiec już na kampus przybywałam w niezbyt imponującej wersji sportowej. Natomiast reszta dziewcząt zjawiała się w szatni w prześlicznych ciuszkach i pełnym makijażu. Wiązanie włosów do treningu tak, żeby wyglądały ładnie, zajmowało trochę czasu. Ale oszczędzały go na niezmywaniu makijażu. Czegoż się nie robi, kiedy na boisku obok kopie piłkę trzydziestu pięknych młodzieńców...

Po grze, podczas której chłopcy przychodzili do nas, by dawać nam profesjonalne rady, dziewczęta wycierały się w szatni pachnącymi chusteczkami, poprawiały rzęsy i policzki, wciągały na siebie swe kobiece kreacje i udawały się w okolice automatu z napojami. Tam już czekali chłopcy, by spędzić razem 20 minut na wspólnym piciu coli i wymienianiu się uwagami na temat gry, szkoły oraz osobistych cech poszczególnych osób. W momencie mojego dołączenia do drużyny była tam już jedna para, a o powstanie kolejnej starała się pewna zakochana dziewczyna (druga od lewej w górnym rzędzie).

Po zrobieniu tego zdjęcia pod koniec maja, przestałam chodzić na treningi z powodu natężenia pracy na uczelni i w JRP. Od tego czasu skontaktowałyśmy się jeszcze w sprawie meczu wyjazdowego, a później nie miałyśmy już o czym do siebie pisać.

Z moich obserwacji wynika, ze Japończycy mają w życiu wiele płytkich znajomości wynikających z przynależenia do jakiejś grupy. Są to takie znajomości, które miło zajmują dzień - zawsze można wyskoczyć na lunch z kimś innym i pogadać o mało ważnych sprawach. Zawsze jest wiele osób, którym można powiedzieć "cześć", pożyczyć notatki z wykładu, zapytać o pogodę i smaczną restaurację w okolicy.

ALE.

Ale kiedy ma się poważny problem, to zostaje tylko najlepszy przyjaciel, którego (przynajmniej wg mojego wywiadu wśród Japończyków) ma zdecydowanie mniej osób niż w Polsce.

Ale kilka lat temu uwagę mediów zwrócił problem "depresji lunchowej", dotykającej młode pracowniczki firm, których znajomi z biura nie zapraszali do wspólnego wyjścia na przerwę obiadową i które jeździły zjeść w inną część miasta, żeby jakiś znajomy przypadkiem nie zobaczył ich jedzących samotnie.

Ale kiedy skończy się szkoła i skończą się kółka, a zacznie praca i co najwyżej obowiązkowe wyjścia na piwo ze współpracownikami, to ci, którzy nie potrafią się przebić w grupie, odczuwają swoją samotność bardzo dotkliwie - i później jadą na taką Akihabarę zabijać ludzi, którzy ich odrzucili. W jednym z programów telewizyjnych po zbrodni skupiono się na opiniach telewidzów, wśród których wiele było głosów: "Oczywiście potępiam taki sposób zwracania na siebie uwagi, ale rozumiem uczucia tego pana. Sam/a często tak czuję.

To jest w ogóle bardzo ciekawy temat na pracę magisterską - morderstwa, szczególnie te rzezie w zatłoczonych miejscach prawie nigdy nie mają podłoża rabunkowego, a są wynikiem krańcowej frustracji odrzuconych dziwaków. Przez rok oglądania wiadomości widziałam tylko jeden przypadek morderstwa dla pieniędzy - popełnił je Amerykanin, który zresztą drugiego dnia procesu zmienił nagle zeznania i zaczął twierdzić, że on po prostu słyszał głosy, które kazały mu kogoś zabić. Niezbyt to pasowało do przebiegu wypadków - morderca zamówił taksówkę i przejechał nią dystans za pokaźną sumę. Kiedy przyszło mu zapłacić, podał kierowcy kartę kredytową, która okazała się nieważna. Kolejna również. Kierowca zaczął domagać się zapłaty i wtedy został ugodzony nożem.

A z takich mniej drastycznych "ale", to tutaj na wesela zaprasza się szefa, współpracowników, starszych kolegów z czasów uniwersyteckich, wykładowców (np. promotora) i tym podobnych ludzi, których zaprosić wypada, bo ma się wobec nich jakiś dług wdzięczności lub zobowiązania, a którzy sprawiają, że wesele trwa dwie godziny, bo przecież z szefem nie można chlać i tańczyć do białego rana. ;)


pachinko | pachinko


life | Ĺźycie i zwyczaje Link 23.07.2008 :: 05:54 Komentuj (9)


[Tokio, Itabashi, Ooyama]


[Tokio, Toshima, Ikebukuro]


Nicolas Cage has starred in a tv commercial of a pachinko parlol (link below) but he shouldn't be really proud of himself showing symptoms of a gambling addiction. Overseas pachinko is often percieved as an exciting Japanese thing that one has to try out when visiting the country. But in Japan it actually is seen as what it is - just gambling, similar to slot machines, which by the way are now usually available in the same places as pachinko. There are four pachinko parlors on the shopping street near my dorm. And six drugstores. Every morning there are lines of people waiting to be the first customers. And, curiously enough, they don't look like Hollywood actors.

W tej reklamie Nicholas Cage wyjawia, ze w Japonii najbardziej podoba mu sie pachinko. Zdradza wrecz objawy ostrego uzaleznienia. Wszystko wyglada bardzo zabawnie, a osoba Cage'a dodaje atrakcyjnosci grze, nie postrzeganej zazwyczaj jako zwykly hazard, lecz jako kolejny element barwnej japonskiej kultury, ktorej koniecznie trzeba sprobowac podczas wycieczki do kraju wisni kwitnacej i wschodzacego slonca.

Ale tak naprawde Nicholas Cage nie powinien byc z siebie dumny. To tak, jakby wystapil w polskiej reklamie "jednorekiego bandyty" - maszyny, przy ktorej siedza zazwyczaj smutni panowie w podejrzanych knajpach zasnutych dymem papierosowym i oparami wodki.

Salony pachinko nie sa ciemne, wrecz przeciwnie - to wielkie sale, intensywnie oswietlone, upstrzone kolorowymi plakatami (zazwyczaj z paniami w bikini lub bohaterami kreskowek) i plastikowymi ozdobami, tak glosne od muzyki i dziewkow z maszyn, ze nie da sie tam rozmawiac.

Po wejsciu kupuje sie tacke lub wiaderko z metalowymi kulkami. Najmniejszy pojemnik kosztuje bodajze 1000 jenow (Kiedy raz postanowilam sprobowac, doszlam do wniosku, ze jednak nie jest to doswiadczenie warte takich pieniedzy.) Nastepnie kulki wrzuca sie do maszyny, co wywoluje skomplikowany proces opisany szczegolowo w angielskiej Wikipedii, a ktory sprowadza sie do tego, ze kulki przelatuja przez nia na kolorowym i migajacym lampkami tle, i w wiekszosci znikaja w jej trzewiach. Grajacy ma taki wyplyw na przebieg wydarzen jak uzytkownik "jednorekiego bandyty" - moze raz nacisnac przycisk lub dzwigienke i czekac bezmyslnie na cud.

Na ulicy handlowej w poblizu mojego akademika sa cztery salony pachinko. Aptek jest szesc. Wiekszosc otwiera sie okolo dziewiatej rano. Na moj negatywny stosunek do tego procederu ma zapewne wplyw widok kilkunastoosobowych kolejek, ktore ustawiaja sie kazdego ranka przed zamknietymi jeszcze drzwiami tych "rajow". Stoja tam mlodzi, starzy, kobiety, mezczyzni - ale jakos nikt z tych nalogowcow nie wyglada na bogatego amerykanskiego aktora...


punkt widzenia | a point of view


life | Ĺźycie i zwyczaje Link 25.07.2008 :: 06:22 Komentuj (7)






[Pref. Saitama, Kasukabe]


The last post about pachinko inspired me to think about a problem that many of us, foreigners may have, and which may influence our relations with Japanese. There are certain elements of the Japanese culture which are percieved differently inside the country and abroad. While rather neutral things, eg. a conviction that all Japanese can make an origami crane don't cause big misunderstandings, matters concerning sex, social problems etc. may trigger some unpleasant surprises when handled without care.

One of these things is "otaku". In the Japanese animation fan communities around the world "otaku" i usually understood simply as a fan, without any negative connotations. But in Japan otakus are regarded as people who got much too absorbed in shallow and not very intelligent hobbies like animation, computer games or the Internet. "Otaku" is definitely not a flattering term, so it may be confusing for your Japanese friends if you introduce yourself: "I'm an otaku!" ;)

The other thing, which is my personal experience is a comic book and a cartoon "Crayon Shinchan" - an amusing series of situations from an everyday life of a family living near Tokyo (in Kasukabe City, where there actually is the Shinchan's Game Center - in the pics). Shinchan is a kindergarten kid speaking like an old man and laughing at his parents' (or generally adults') silly habits. The problem is that he also often laughs at things centerd around his pants and this jokes make some Japanese readers find this comic book vulgar. I've never though of it this way and only in Japan, when I was speaking about it enthusiastically, was I regarded as a person of not particularly refined sense of humour. I actually know a person from Kasukabe who is ashamed when someone says: "Oh, Kasukabe! That's where Sinchan comes from..."


Ostatni wpis o pachinko natchnal mnie do poruszenia problemu, z ktorego zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy, a ktory moze miec znaczacy wplyw na relacje z Japonczykami, kiedy przyjdzie nam znalezc sie wreszcie w naszym wymarzonym kraju. Pewne elementy tutejszej kultury sa postrzegane zupelnie inaczej za granica niz w samej Japonii i jesli nie wie sie, jak to rzeczywiscie tutaj wyglada, mozna sie znalezc w calkiem nieprzyjemnej sytuacji. W wielu kwestiach takie nieporozumienia nie wywoluja konsternacji - na przyklad kiedy przybedziemy z przekonaniem, ze wszyscy Japonczycy potrafia skladac zurawia z origami, a potem dowiemy sie od znajomych, ze oni nie umieja, nikt sie oburzy ani nie obrazi. Jednak w sprawach dotykacjacych sfery seksu, problemow spolecznych, szemranych rozrywek, itp. wyrazanie zbyt wielkiego entuzjazmu moze rzucic podejrzenia na to, czy dobrze jest sie z nami zadawac. ;) Przychodzi mi do glowy kilka takich newraligicznych punktow, co do ktorych w wiekszosci upewnilam sie na szczescie przed przyjazdem do Japonii, choc w jednym przypadku zaliczylam wpadke.

OTAKU
Kiedy okolo dziesieciu lat temu czytalam Kawaii i czekalam w utesknieniem na kolejne odcinki "X Clamp" (piekne to byly czasy), uwazalam, ze jestem otaku, co rozumialam jako: "fan mangi i anime". O ile mi wiadomo, w Polsce (i nie tylko) fani japonskich komiksow nadal maja zwyczaj nazywac sie "otaku" bez zadnych pejoratywnych skojarzen. Termin ten ma jednak w jezyku japonskim inne znaczenie niz jego wersja eksportowa. Poczatek hasla "otaku" w japonskiej Wikipedii dobrze oddaje ogolne pojecie o tym zjawisku: Otaku to okreslenie typu osob o zainteresowaniach niezbyt wysoko cenionych w spoleczenstwie. Sa to osoby pochloniete anime (w znaczeniu i komiksow i filmow animowanych), grami komputerowymi lub ogolnie komputerami (nie chodzi o informatykow).
Otaku sa postrzegani jako osoby, ktorym sie cos w zyciu nie udalo i niepowodzenia rekompensuja sobie kolorowym swiatem fantazji. Sami zazwyczja nie mowia o sobie z duma, ze sa otaku, dlatego obcokrajowiec, ktory tak sie przedstawia moze wywolac rekacje: "A ty wiesz, co znaczy to slowo?"

Otaku nie sa zbyt powazani, poniewaz przesadzaja z czytaniem komiksow, ale czytanie w granicach rozsadku niekoniecznie jest odbierane jako cos negatywnego. Pewnie wiekszosc Japonczykow czytala komiks choc raz w zyciu, nawet jesli nie dla rozyrywki, to jako instrukcje np. skladania rozliczenia emerytalnego (ostatnio sie na taki natknelam). Jeden z moich wykladowcow przyznal sie, ze lubi w wolnych chwilach poczytac mange.

Sa jednak miejsca i osoby komiksom nieprzychylne. W prestizowym meskim liceum Komaba przy Uniwersytecie Tsukuba czytanie komiksow postrzegane jest przez samych uczniow jako rozrywka wulgarna i prosta. Z kolei w liceum, gdzie angielskiego uczy Esther (bohaterka jednego z wczesniejszych postow) komiksy sa zakazane w kodeksie szkoly. Esther dowiedziala sie o tym, kiedy na poczatku kariery nauczycielki zostala zrugana przez swoja wspolpracowniczke za czytanie mangi w pokoju nauczycielskim. Mam tez wielu znajomych Japonczykow, ktorzy w ogole nie orientuja sie w swiecie mangowych wydawnictw. (Ale i wielu, ktorzy czytaja, nawet podczas wykladow.)

CRAYON SHINCHAN
To moje osobiste doswiadczenie. Crayon Shinchan znany jest w polskiej telewizji w wersji animowanej, a mnie raczej w wersji komiksowej, ktora nawet zdarzylo nam sie tlumaczyc na zajeciach na UAM'ie. Shin-chan to przedszkolak gadajacy jak stary i robiacy sobie okrutne zarty z rodzicow i innych doroslych, najczesciej obnazajac ich slabostki i glupie zachowania. Niestety, drugi ulubiony rodzja zartow malego bohatera skupia sie w jego wlasnych gaciach, i z przodu i z tylu. Jak widac na zdjeciach z Salonu Gier Shinchana w miescie Kasukabe (miejsce akcji), poza figurami calej rodziny (Shinchan to ten w czerwonej koszulce), atrakcje stanowia tylki i tym podobne.

Mimo ze tylki etc. znacznie ustepuja liczba naprawde zabawnym zartom na temat codziennosci i ludzkich nawykow, to jednak swym charakterem zwracaja uwage czytelnika bardziej niz smianie sie z malzenskich klotni i, jak sie okazuje, przez wiele osob komiks ten postrzegany jest glownie jako wlasnie prostackie pokazywanie pupy. Ja osobiscie uwazam go za zabawny i smiesza mnie nawet te sporne zarty, ale wiem juz, ze lepiej nie mowic z entuzjazmem przy obiedzie: "Z mangi to ja lubie Shinchana poczytac!" ;)

Dwie osoby zareagowaly na to uprzejmym poblazaniem: "Ach, tak...?", jeden chlopak powiedzial mi wprost: "Wiesz co, ja nie przepadam, bo to jednak humor dosyc niskich lotow...", a jedna dziewczyna zwierzyla mi sie: "No ja jestem z Kasukabe i duzo ludzi, jak sie dowiaduje, to pyta o Shinchana, a mi wtedy tak troche wstyd... Wiesz, ze autor chodzil z moim tata do szkoly? I pamietam, ze jak na poczatku ten komiks mu sie nie sprzedawal, to zona pracowala, a on sie zajmowal dziecmi. I tak rysowal z wlasnego doswiadczenia, hi hi! No ale jednak nie kazdy reaguje tak pozytywnie jak ty i wole, jak nie pytaja..."

No kto by sie spodziewal? Taki fajny komiks... ;)


przejdzmy sie | let's take a walk


the city | miasto i okolice Link 26.07.2008 :: 06:58 Komentuj (4)




[Tokio, Taitō, Higashi-ikebukuro]


This may be the most boring two minute video you've ever seen on the web. There's no plot, no beggining, no ending, no main characters, not even music, and on top of that it shakes!

But if you want to see just how it is to take a walk in Tokyo, imagine...

It's the end of July, 7.30PM. During the day the Sun was scorching but now it got much cooler, though still you clothes are sticking to you skin because of this Tokyo's humidity. You walk by people passing the street to go to the station. You pass by the flower shop and the entrance to an underground garage. Then there's Matsuya with the meal tickes machine and men going back from work late. After passing dark, closed shops, you enter the pool of light - a supermarket open till late. And there she is - a girl in a white dress, holding a red purse. You're passing by a man in a yellow shirt, a lady with pink bust and one more - an elegant black and white pattern, but you still look at the white dressed girl. She walks so fast...


Oto dwie minuty chodzenia. Bez fabuly, bez poczatku i konca, bez glownych bohaterow, nawet bez muzyki i efektow specjalnych. I do tego jeszcze trzesie jak cholera. To moze byc najnudniejszy filmik, jaki widlalas/es w Internecie. Ot, tokijskie ulice, samochody, ludzie.

Ale mozesz tez sobie wyobrazic, ze jest koniec lipca, siodma trzydziesci wieczorem. Przez caly dzien slonce prazylo tak, ze az sie nie chcialo przechodzic z jednego bydynku do drugiego na kolejny egzamin. Teraz jest juz chlodniej. Co prawda ubranie klei ci sie do skory przez te tokijska letnia wilgotnosc, ale na szczescie jest wiatr, ktory suszy pot na twarzy. Spedziles/as ostatnie dwie godziny przed uczelnianym komputerem, zeby napisac bloga, i nogi i plecy masz tak zdretwaile, ze wolisz godzinny spacer do akademika niz dwadziescia minut w pociagu.

Mijasz ludzi przechodzacych przez ulice do stacji, patrzysz na kwiaciarnie i na pana czekajacego na swoj samochod, ktory ma wyjechac z podziemnego garazu. Mijasz starszego pana przed Matsuya, niedrogim barem, gdzie jedza kolacje panowie wracajacy z pracy. O! Widac automat do biletow na jedzenie! Zagladasz przez szybe do kolejnej restauracji, ale widac, ze to nie miejsce, gdzie sie wpada, zeby szybko cos przekasic. Jeszcze nikogo nie ma. Sklep z motocyklami ma juz do polowy opuszczone rolety. A obok, przy przystanku autobusowym stoi stylowe drewniane biale krzeselko. Mijasz po ciemku kilka zamknietych juz sklepow, by trafic w kolejna wyspe swiatla - supermarket otwarty do pozna. O, co ta pani powiedziala do tego pana? "&%#$&" taberu?" "Zjemy cos tam?/Masz ochote na cos tam?" A moze ci sie przeslyszalo, moze cos innego... Od pracownika sklepu twoja uwage odwraca dziewczyna w bialej sukience, z czerwona torebka. Mijasz rowerzyste w zoltej koszulce, rowerzystke z rozowym biustem i elegancka pania w czarno-biale wzorki, ale wzrok wciaz skupiasz na bialej sukience. Eh, jak ta mala szybko idzie...






clubbing | clubbing


life | Ĺźycie i zwyczaje Link 28.07.2008 :: 05:23 Komentuj (7)

The way of having fun described below is not representative to most of Japanese young people. In clubs with black music, which I presonally enjoy, Japanese are around a half of all guests and even they are not extremely typical Japanese. There were two Japanese girls who went with us - one has spent half of her life in the US and she is now being perceived as so called returnee - not a real Japanese anymore, and the other one was a girlfriend on my American friend. The pictures and the video may give the impression that this is some filthy place, but this is just the aesthetics of rap music videos. Actually nothing scandalous is happening there.

Japonczycy imprezuja na kilka sposobow i akurat ten, ktory przedstawiam ponizej nie nalezy do najczesciej wybieranych. W dzielnicach skupiajacych najwiecej zycia w Tokio - Roppongi, Shibuya, Ikebukuro itd. - mozna znalezc kluby z czarna muzyka, ktore zazwyczaj maja rowniez czarnych wlascicieli i obsluge, a Japonczycy zdarzaja sie za barem lub na podescie dla tancerek. Wsrod gosci, na moje oko, Japonczycy to moze polowa, a reszta to tacy obcokrajowcy jak ja. A i ci Japonczycy to tez nie wszyscy tacy bardzo stereotypowo stuprocentowi, bo na przyklad Rieko - dziewczyna, ktora bawila sie z nami spedzila polowe zycia w Ameryce i jest przez swoich ziomkow postrzegana jako tzw. "ta, co wrocila" (returnee, kikoku joshi), czyli juz nie taka prawdziwa Japonka (to znow temat na osobny artykul).

Istnieja tez kluby z przewaga Japonczykow, gdzie tanczy sie przy japonskim i zagranicznym popie i jest tam zasadniczo bardziej lansiarsko. Podbno, bo jeszcze nie bylam, ale posiwece sie dla badan nad kultura i pojde. ;) W kazdym razie ponizsze zdjecia z komorki przedstawiaja sposob zabawy niereprezentatywny dla wiekszosci japonskiej mlodziezy. Zdjecia, jak i film (produkcji samego klubu), glownie ze wzgledu na wystepujace w nim polnagie tancerki, moga sprawiac wrazenie, ze to jakas Sodoma i Gomora. Nic takiego - po prostu styl raperskich teledyskow wymaga pokazywanie cial w pewnych pozach, ale w samym klubie nikt nikogo nie napastuje, tancerki sie nie rozbieraja, nikt nie uprawia seksu na widoku i w ogole w rzeczywistosci nie ma sie czym gorszyc.



Leaving our stuff in lockers (200 yen). Our group consisted of 5 foreigners and 2 Japanese.
Zostawiamy rzeczy w szafkach (200 jenow). Nasza grupa skladala sie z 5 obcokrajowcow i 2 Japonek.


Entrance is 2000 yen for guys and 1500 for girls (before midnight), unlimited drinks included.
Wejscie kosztuje 2000 jenow dla panow i 1500 dla pan (przed polnoca), w tym drinki bez ograniczen. (W Japonskich warunkach to jak 20 i 15 PLN.)


Inside looks just like every other club. Well, my mobile doesn't have a flash.
Wewnatrz jak w kazdym klubie, czego moze nie widac, bo nie mam flesza w komorce.


The club's dancers do not perform striptease.
Tancerki nie wykonuja striptizu, nawet jesli moze to budzic takie skojarzenia.


Tokyo is so big that it doesn't have the night transport. The last subway train leaves around midnight and the first is around 5 AM. That's why most people dance till morning. Parties are usually over exactly at 5.
Tokio jest tak wielkim miastem, ze nie posiada nocnej komunikacji miejskiej. Ostatni pociag metra odjezdza okolo polnocy, a pierwszy ok. piatej rano, dlatego wiekszosc tanczy do rana. Imprezy koncza sie zazwyczaj rowno o piatej.


The police and rescue teams were waiting just in case in front of the club. Last time when we went to Roppongi, there wasn't sth like that. Maybe this club has worse reputation.
Policja, karetka i straz pozarna czekaly w pogotowiu przed klubem. Kiedy ostatnio bylysmy w w Roppongi, nikt nie stal przed klubem. Moze ten ma gorsza reputacje.


(Link do tego video)




powodzenia | good luck


life | Ĺźycie i zwyczaje Link 30.07.2008 :: 05:38 Komentuj (10)


[Tokio, Buknyō, Hongō 3]


I was thinking about phrases that people encourage themselves before exams etc. In English it is "Good luck!" which implies that the result depends on luck and not on one's work. In Japanese the phrase used in the same situation is: "Ganbatte!" which literaly means: "Do your best!" That's why my Japanese friends don't blame everything around when they fail an exam. In the picture the plate with big red characters reads: Aka Mon Kai, The Red Gate Society - a preparatory school for entrance exams at the Tokyo University.

Wczoraj przed egzaminem naszla mnie refleksja na temat wyrazen, jakimi ludzie sie wzajemnie dopinguja przed zmierzeniem sie z czyms waznym. My mowimy "Powodzenia!", po angielsku mowi sie "Good luck!", a po japonsku "Ganbatte!" (wym. gambatte). Choc uzywa sie ich w tych samych sytuacjach, wszystkie trzy znacza cos innego. Zastanawiam sie, czy to oddaje rozne postawy wobec osiagania sukcesu.

"Good luck!" odnosi sie do "szczescia, losu, przypadku", a wiec implikuje, ze podejmujacy wyzwanie ma niewielki wyplyw na rezultat - "Obys mial szczescie!" Natomiast "Powodzenia!" to zyczenie, by cos sie powiodlo, poszlo dobrze, ale bez zaznaczenia, czy ma to byc wynik zwyklego farta, czy tez dobrego przygotowania samego zainteresowanego.

Z kolei "Ganbatte!" oznacza doslownie: "Postaraj sie!" Z gory wiadomo, ze jest tylko jeden sposob na to, by sie powiodlo. Nie przypominam sobie, i nawet trudno mi to sobie wyobrazic, by jakas moja kolezanka, ktorej egzamin poszedl zle, mowila: "Ale mialam pecha!", "Bo te pytania byly jakies bez sensu!", "Nie no, co za porazka, ze bylo akurat to, czego juz nie zdazylam przeczytac! Nauczylam sie wszystkiego, a tylko tego nie! No co za pech!"

Nie, tutaj wszyscy wiedza, dlaczego studenci oblewaja egzaminy: "Oj, no nie nauczylam sie...", "Aj, to sie nie postaralam..." Nikt tutaj nie zwala winy na wszelkie czynniki zewnetrzne, ktore nie pozwalaly sie uczyc ("bo tak goraco bylo...", "bo to przeciez urodziny Janka byly, raz w roku, mialam nie isc?!") i wrednych wykladowcow, ktorzy zawsze ukladaja pytania tak, zeby trafic w to, czego delikwent nie umie. ;)

U nas chyba tez sesja, wiec GAMBATTE!

A w innych jezykach czego sobie zycza? Ktos wie?

PS. Na zdjeciu szyld z czerwonymi znakami: Aka Mon Kai - Stowarzyszenie Czerwonej Bramy, czyli szkola przygotowawcza do egzaminow wstepnych na Uniwersytet Tokijski. Glowna brama glonwego kampusu jest czerwona.


archiwum | archive
2017
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

linki | links
Scholars about Japan
Japoniści o Japonii

Japonica Creativa

kategorie | categories
the city | miasto i okolice(55)
heritage | świątynie i zamki(11)
culture | kultura i sztuka(15)
people | ludzie i historia(34)
life | Ĺźycie i zwyczaje(65)
PL in JP | polska w japonii(7)

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl